Wakacje

Uwolnienie. Słowo podpowiada, jak w praktyce wygląda ten czas. Wolność od obowiązków. Dla mnie te wakacje są jak chwila przerwy na meczu bokserskim. Siedzę na stołku, ale zamiast patrzeć jak się trzyma mój przeciwnik i kombinować, jak się bić dalej, uciekam myślą do innych rzeczy, uciekam od zmagania bo szlag mnie trafia. Na przestrzeni walki okazało się, że nie wiem, jak walczyć, nie umiem wyłowić taktyki wroga z jego nagłych ruchów. Nie znając siebie nie wygram. A to właściwie walka z samym sobą. We wrześniu znów wstaniemy w szranki, garda w górę i taniec wznowiony.

Tymczasem zwiedzam, maluję domy, jem i piję, gram w szachy i czytam, słucham muzyki, uczę się gry na pianinie, pływam, skaczę na główkę i gubię się w myślach. Spędzam te wakacje w domu znajomego Włocha. Cały zeszły tydzień byliśmy na południu Włoch, w prowincji Salento. Codziennie inna plaża, słońce, gra w siatkówkę. Pierwszy raz w życiu widziałem tak czystą wodę. Miasteczka zawieszone nad morzem są świadectwem estetycznego geniuszu włochów. Ich ciasne i kręte uliczki sprawiają wrażenie jakby zastygły w ruchu. Najpiękniejsze są stare kamienice, rynki i kościoły. Na niektórych budynkach nie zmarnowano centymetra powierzchni, symbolika przeplata się ze sztuką dla sztuki, a ja mam wrażenie że to wszystko domaga się respektu i uznania, bo stało zanim się urodziłem i będzie tam wryte długo po mojej śmierci.

Dziś o 2 w nocy wróciliśmy z Rzymu, malowaliśmy tam mieszkanie znajomych znajomego. Cieszę, że jest konkretna praca do wykonania. Żyję w cudzym domu, ze względu na okoliczności życiowe nie pracując stale, więc nie robiąc nic żyłbym jak tasiemiec. Co jakiś czas na szczęście jest robota, więc nie czuję się bardzo źle.

Gry na pianinie uczę się z youtube. Dawno mnie tak nic nie cieszyło jak ta nauka.

Podróż do wnętrza trwa, im bliżej tym dalej. Cieszmy się z wakacji bo zajmują chwilę.

26

Dwadzieścia sześć. Tyle dni minęło, odkąd dałem o sobie znać na blogu. Można zapytać, czy to dużo. Powiedziałbym, że tak. Kilka rzeczy uległo zmianie w moim życiu w ciągu tego okresu. Po pierwsze, najprawdopodobniej nie wrócę do kraju w tym roku. Potrzebuje czasu na zrozumienie pewnych rzeczy i dojrzałe zacementowanie decyzji. Po drugie, przygarnąłem kotkę. Wspomniałem już w innym wpisie o kocim Bordello. Przechodząc nieopodal tej kociej enklawy zauważyłem, że jeden mały kotek, zamiast uciekać jak wszystkie inne, nie rusza się. Oczy miał całkowicie zaklejone ropą. Wyglądało to nieciekawie, więc wziąłem go, wykąpałem i nakarmiłem. Podczas kąpieli wyciągnąłem z niego koło 20 pcheł i dowiedziałem się, że jest to kotka. Imię wpadło mi do głowy od razu – Kirke (od tej wiedźmy, która zamieniła kompanów Odyseusza w świnie a jego samego przetrzymywała przez rok na swojej wyspie). Kirke jest ze mną dwa tygodnie. Tydzień temu udało się pojechać do weterynarza, kupiłem krople do oczu i środek zabijający roztocza (na świąd uszny). Ma już wszystkie siły z powrotem i zdrowe oczy, niedobitki roztoczy planują ostateczną kapitulację. Czas szukać dla niej nowego domu. Przez chwilę miałem nadzieję, że uda się zabrać Kirke ze sobą (przy ewentualnych wakacjach w Polsce), ale to by komplikowało życie mi i wielu ludziom dookoła, także nie ma rady.

Inna rzecz, która miała na mnie wpływ w ciągu tych 26 dni, to książka. „Skrwawione ziemie: Europa pomiędzy Stalinem a Hitlerem”. Temat jest jednak na tyle poważny, że wymaga osobnego komentarza. Mogę być tylko wdzięczny, że żyje dziś, a historia XX w. woła mnie do wzięcia odpowiedzialności za moje życie.

We Włoszech ograniczenia związane z pandemią są stopniowo znoszone i możemy się więcej przemieszczać. Czas najwyższy, bo siedzenie w jednym miejscu mnie rozleniwia, a lenistwo przyprowadza kolegów i razem tworzą niezbyt przyjemną gromadę.

Położyłem się

Kiedyś wrócę pamiecią do dzisiejszego dnia. Nic mnie nie ostrzegło, że w regularny poniedziałek może po trochu namieszać człowiekowi w głowie, a coś niecoś ustawić. Położyłem się i słucham muzyķi. Czasami pod wpływem muzyki słucham nowych rzeczy od siebie. Fale dźwiękowe o różnych częstotliwościach bombardują moje uszy, a reaguje cała osoba. Bez muzyki dzień jest inny. Zazwyczaj przestaję słuchać na dłużej jak mam gorszy czas, jak nie chce widzieć i słuchać nikogo i nic. Wtedy słyszę tylko siebie efektem czego gubię się w myślach. Moi tutejsi wspołmieszkańcy czasami wyrażają poirytowanie, zwracając mi uwagę, że cały czas czegoś słucham, na co odpowiadam, że mnie w ogóle nie interesuje to, że oni nie słuchają niczego. Kiedyś opowiem wam o decyzji, którą podjąłem pod wpływem muzyki.

Matty Groves

Jakiś czas temu trafiłem na Angielski folk-rock. Polubiłem utwór ‚Matty Groves’ grupy Fairport Convention, i wpadło mi do głowy, że mógłbym go przetłumaczyć na Polski. Efekt wrzucam tu. Chciałem wrzucić wczoraj, ale mieliśmy robotę na miejscu.

Chwyty są proste: Dm, F, C, Dm C Dm.

Szczerze polecam Fairport Convention i Fotheringay, dwie świetne folk-rockowe ekipy.

Bezsilności

Nie – radzenie sobie. Fascynujący temat. Jak tak może być, że chcę i pragnę, a nawet postanowię, tylko po to, by ulec. Mam szerokie spektrum uległości i słabości, a przyznawanie się do nich skręca mnie i wywołuje uczucie nagości. Niewielu ludziom w życiu mówię o swoich słabościach. Praktycznie nikomu. To pewnie wynik pychy. „Stawiłem sobie pomnik..”. Ta. Rzecz w tym, że nie mam pojęcia o rzeźbiarstwie, więc ten kolosik wygląda dość zabawnie i chwieje się przy powiewach.

W wyniku czytania za dużo i za szybko, na każde zdanie, które wymyślę, pojawia się piętnaście sprzecznych komentarzy. Jakbym to dyktował dla Jamesa Joyca, to nie pisałby strumieniem tylko świadomościospadem.

Właśnie trwam w decydowaniu. Na szczęście nie jestem sam i mam z kim się dzielić doświadczeniem wewnętrznego zmagania. Co prawda sam na sam z decyzją i jej potomnymi stoję, ale mam z kim rozmawiać.

W kwestii wyboru i wolności przyznaję egzystencjalistom racje. Łatwiej się poddać biegowi wydarzeń, przynajmniej w chwili zderzenia z koniecznością wyboru. Takie poddanie jednak, przyniesie, prędzej czy później, swoje konsekwencje. Jest jednak atrakcyjne, bo decydowanie przywołuje grozę ryzyka i chaosu.

Ryzyko właściwie takie groźne nie jest, głównie ze względu na to, że składa się ze zwycięstwa i porażki. Chaos trochę tak, bo jest synem czasu. Czas jest bezlitosny, a jaki ojciec, taki syn. To chyba porażka, której możliwość stanowi o ryzyku, a raczej skupienie się na nieskończonej liczbie wariantów życia, które porażką się kończą, jest zniechęcająca do działania. Pokusa, by jeszcze na jakiś czas oddać wolność jest silna, ale mógłbym w tym utonąć i nigdy nie robić czegoś z wewnątrz.

Postanowiłem się nie poddawać tej pokusie i razem z tą decyzją następują kolejne i kolejne. Nieźle, tego właściwie chciałem. A tu nagle bęc – fiksacja porażki staje przed oczami. W życiu trochę jak w planszówkach. Nieco się planuje i szykuje – w tej części jest porządek. Istnieje też i chaos – rzut kością, pierwsza z brzegu karta, cokolwiek, co jest symbolem losowości. Adaptacja to chyba klucz do życia z sensem, sensownego życia. No i klucz do zwycięstwa w planszówkach.

JMW Turner, A Ship against the Mewstone

Bardzo lubię ten obraz. Jest ryzyko, jest chaos, jest i ster i żagle i ręce marynarzy i decyzje do podjęcia. A najlepszy jest moment, kiedy na sekundę dostrzegam piękno. Piękno obrazu i piękno tej kondycji życiowej.

Wracając do bezsilności. Ha, jestem słaby. Marynarze też są słabi, szczególnie w porównaniu do wiatru i fal oraz ogromnej skały dzielącej ich od domu. A jednak mają ster i żagle, kierunek i zwrot i wolność, by rzucić wszystko w cholerę i się rozbić, albo podjąć wysiłek i zobaczyć, co przyniesie decyzja.

Mamy szczęście, że potępienie słabości to kłamstwo. Powoli uczę się doceniać i szanować słabości. „Moc bowiem w słabości się doskonali.”  

Piramida

Teleskop Hubble obchodzi 30 urodziny. Nic osobistego mnie z nim nie łączy, ale mam dziwną pasję i pociąg dla Wszechświata. Te uczucia rozbudziła ‚Planeta Skarbów’. Gdyby ktoś mnie wysłał na bezludną wyspę i pozwolił zabrać jeden film, brałbym ten. Wracając do teleskopu, NASA opublikowała serię rocznicowych obrazów przestrzeni.

https://hubblesite.org/hubble-30th-anniversary/images

Mogę na to patrzeć w pełnym skupieniu, z muzyką wypełniającą głowę, oddzielającą mnie od całości, a połączenie obrazu i muzyki zanosi mnie w różne miejsca. Istnieje niebezpieczeństwo, że zostanę tam wessany na zawsze i nigdy nie wrócę na ziemię.

Na ziemi biegam i pocę się przy budowie piramidy i kiepsko mi idzie. Maslow ładnie ujął życie człowieka w jednym trójkącie. Czasami zapominam, że nie buduję piramidy dla jakiegoś Ramzesa czy Tutenchamona. Wspaniałe idee, by zmieniać świat, a mam syf pod biurkiem.

Jeszcze jedno doświadczenie z tego tygodnia. Uwielbiam, kiedy czytając książki znajduję opis tego, co przeżywam, wyrażony w sposób w którym nigdy nie umiałbym się wypowiedzieć.

„Za młodu czci się i gardzi, nie znając jeszcze owej sztuki rozróżniania niuansów, która stanowi najcenniejszy nabytek życia, i zasłużenie srogo pokutować trzeba, iż swym tak i nie napastowało się w ten sposób rzeczy i ludzi. Wszystko tak się składa, by najgorszy ze smaków, smak bezwzględności został okrutnie wydrwiony i nadużyty, aż człowiek się nauczy kłaść nieco sztuki w swe uczucia i przy pomocy sztuczności próbować raczej szczęścia: jak to Czynią prawdziwi artyści życia. Właściwa młodości porywczość i pokora nie zazna snadź spokoju, dopóki nie pofałszuje tak rzeczy i ludzi, aż nad nimi napastwić się może: — młodość sama przez się jest czymś obłędnym i zwodniczym. Później, gdy młoda dusza, rozczarowań udręczona nadmiarem, zwróci się wreszcie podejrzliwie przeciwko sobie samej, wciąż jeszcze gorąca i zapamiętała, nawet w swej podejrzliwości i rozterce sumienia: jakżeż miota się w gniewie, jak niecierpliwie szarpie siebie samą, jak mści się za swe” długie zaślepienie, jak gdyby dobrowolną było ono ślepotą! W tym okresie przejściowym karze się siebie samego nieufnością względem swego uczucia; zachwyty swe udręcza się wątpieniem, nawet w spokoju sumienia wyczuwa się niebezpieczeństwo i ni to świadome przyciszenie i wyczerpanie subtelniejszej prawości.”

Nietzsche, Poza dobrem i złem, §31.

Uciąłem końcówkę, bo tam jeszcze nie jestem, i chyba nie chcę być. Mówi o tym, że człowiek staje się przeciwnikiem młodości. Ja tam na młodość nie narzekam. Chociaż boli teraz to, co stoi w drugiej części cytatu.

Jest dobrze. Będę smakować i pisać to, co męczy, bo tylko teraz istnieje. Nie wczoraj, nie jutro. A zrozumienie wczoraj i nadzieja jutra przyjdą, jak niespodziewani goście.

Koguty, kura i kaczka

Wczoraj byłem rzeźnikiem. Tu, gdzie mieszkam, mamy własny kurnik (wolny wybieg). Mieszka w nim około czterdziestu kur, kilka kogutów, i cała masa kaczek, stoi też gołębnik który zasiedla blisko trzydzieści białych gołębi. To ptasie osiedle leży nad zbiornikiem na deszczówkę , który nazywamy jeziorkiem (‚lagetto’ po włosku). W owym jeziorku mieszkają żółwie, a czasem przyleci szara czapla w odwiedziny. Ryb nie ma, co wcale nikogo nie widzi, bo woda ma kolor zieleni brudnych autobusów Poznańskiego MPK.

Jak już jestem przy zwierzętach, to byłoby grzechem nie wspomnieć o kotach, których jest z dziesięć. Ponieważ wszystkie to samice, przychodzi wiele kotów z okolicy, by, no cóż, przedłużyć żywot kociej rasy na naszej planecie. Z tego powodu miejscu, gdzie owe koty się gromadzą, nadaliśmy wymowną nazwę ‚Bordello’. Całym tym zwierzyńcem zajmuje się Giorgio (Jerzy).

Teraz powrót do początku wpisu. Zwierzęta nie są hodowane dla uboju – są trzymane ze względów krajobrazowych, a za akomodację płacą kury w ichniej walucie – jajkach. Przychodzi jednak dzień, w którym Giorgio orientuje się, że jest za dużo kogutów, albo kur, albo kaczek. Tym razem było za dużo kogutów.

Nigdy wcześniej nie zabijałem zwierząt z pełną premedytacją. Kiedyś przez przypadek udusiłem chomika koleżanki mojej siostry, za mocno go przytuliłem. Byłem na tyle mały, że nie do końca wiedziałem, co się stało.

Ogólnie to obyło się bez fajerwerków. Ot, jest praca do wykonania, praca, którą pokolenia moich przodków wykonywało jako nieomalże codzienną czynność, także można powiedzieć, że mam to we krwi.

Z drugiej strony miałem poczucie winy, szczególnie, jak zabijałem kaczkę. Była bardzo spokojna i mięciutka i miała takie proste spojrzenie.

Spoglądając na podręcznik do anatomii, to w środku wiele się nie różnimy się od takiej kaczki czy koguta.

Całe szczęście, że nie jesteśmy tylko podręcznikiem anatomii. Że mogę coś tu pisać, że mogę czuć smak pieczonego kurczaka i mogę czuć winę, jak wiążę kogutom nogi. Mogę też zadzwonić do mojego brata i spytać, jak się trzyma i mogę się cieszyć, że mój przyjaciel ma się lepiej. Mogę też myśleć o ludziach których znam, a którzy źle się mają i współczuć im, a jeśli mogę, to pomóc. No i mogę pamiętać o pięciu kogutach, jednej kaczce i jednej kurze.

Umarł

Umarł na drzewie, gdyśmy patrzyli z obrzydzeniem

Na rany otwarte, krew z brudem na ciele dotkniętym cierpieniem

On umarł jak zapowiadał, chociaż mógł zejść z krzyża

Krzyknął ‘dlaczego’ i sam umarł, gdy my łotr ubliżał

Pamiętam że miał wrócić, a jeszcze go nie widać

On umarł, ale powiedział, że to tylko chwila

Zwiesiłem głowę, bo kto to widział by z martwych wracać

bo jak można teraz kochać, leczyć, przebaczać

Oddać drugą szatę i odwrócić policzek

Umarł, a w Jego życie chcę wierzyć, jeszcze raz Go widzieć

Ucieka

Zwariowany czas. Nic tu nie pisałem od dawna i zastanawiam się, co to znaczy. Na pewno to, że jestem mistrzem prokastrynacjii, bo wszystko odkładam na potem. Dziś zdradzę tajemnicę, własną. Jestem w trakcie pisania listu, który może wiele zmienić w moim życiu. Piszę go, bo zostałem obudzony i bo nie śpiąc, mam dosyć stania w kilku miejscach na raz, mam dosyć bycia tchórzem, który nieustannie karmi się nadzieją na lepsze jutro, nie sprzątając dzisiaj.

Dorośnij, nie bądź dzieciakiem. Cholera, mają rację a ja wciąż szukam sensu i czegoś, co mnie porwie na zawsze. I boli, że widząc słabość i braki, nie mam pojęcia, jak to ogarnąć.

No i pustka egzystencjalna. Jak to rozumieć? Mam wszystko, mogę właściwie wszystko, miejsce, w którym jestem, jest wspaniałe, mam talenty, ludzi wokół, którzy chcą mojego dobra, a ja siedzę i tylko bym biegł i przewracał każde miejsce, szukając tego. No właśnie, czego? Pewnie sensu.

Chyba nie wieczności. Moja wiara leży i kwiczy, ale nawet wtedy, jak była pierwsza, to mój uśmiech był fałszywy, wyuczony by zadowolić tych, których zadowolenie miało zagwarantować mój spokój. Szczęścia? Niedawno sądziłem, że to cel, ale to była naiwna pomyłka. Szczęście to znak, że jestem w dobrym miejscu, że jest sens. Szukać szczęścia tylko dla niego to jak szukać idei koloru, albo smaku. Zobaczę, to poznam kolor, ugryzę, to poznam smak. Będę żyć, to czasem wybuchnie szczęście, jak kiedyś, ale rzeczywistość będzie po prostu . Mam kilka pamiątek szczęścia ale żadna nie pasuje do dzisiejszych puzzli. Czas zmienić puzzle, bo to nie moja gra.

Ostatnia nadzieja, na spotkanie Boga, to być w czymś na 100%. Jechać do Damaszku, by z Nim walczyć, przekroczyć Jabbok, żeby z Nim się zmagać, wstawać w nocy i Go szukać. Drzeć się na całe gardło. Podobno jest zawsze ze mną, wiele słów o tym słyszałem i tyle samo czytałem. Ale to jak smak i kolor i zapach.

Na koniec coś, co mi dziś pomogło

„Formułowanie pytania o sens życia w tak ogólny sposób przypomina pytanie mistrza szachowego: „Mistrzu, czy możesz mi zdradzić, które posunięcie jest najbardziej skuteczne?”. W szachach nie istnieje coś takiego, jak najlepszy czy nawet dobry ruch w ogóle, w oderwaniu od konkretnej sytuacji na szachownicy czy charakteru przeciwnika. To samo dotyczy ludzkiej egzystencji. Nie należy poszukiwać w życiu jakiegoś abstrakcyjnego sensu. Każdy człowiek ma swoje wyjątkowe powołanie czy misję, której celem jest wypełnienie konkretnego zadania. Nikt nas w tym nie wyręczy ani nie zastąpi, tak jak nie dostaniemy szansy, aby drugi raz przeżyć swoje życie. A zatem każdy z nas ma do wykonania wyjątkowe zadanie, tak jak wyjątkowa jest okazja, aby je wykonać”

I drugi, o cierpieniu

„Pamiętam, że po pewnym czasie ogarnęło mnie przeczucie, że niedługo umrę. Mimo to nawet w tak krytycznym momencie moje troski były zupełnie inne od trosk moich towarzyszy. Podczas gdy ich pytanie brzmiało: „Czy przeżyję obóz? Jeśli nie, wówczas całe to cierpienie nie ma sensu”, mnie dręczyło coś innego: „Czy całe to cierpienie, ta wszechobecna śmierć, ma jakiś sens? Jeśli nie, wówczas nie mam już po co żyć, jako że życie, którego sens jest kwestią przypadku – tego, czy uda nam się ujść śmierci, czy nie – w ostatecznym rozrachunku nie jest warte, aby o nie walczyć”.”

  • To z Viktora Frankla „Człowiek w poszukiwaniu sensu”

Co to ma znaczyć

Patriotyzm to dla mnie przejmujący temat w życiu. Dziś pierwszy marzec, a więc dzień pamięci o Żołnierzach Wyklętych. Dobry przykład, by mówić o patriotyzmie. Współcześnie nie jest łatwo rozsądzić co to w ogóle znaczy, do czego służy i jak go rozpoznać.

Jeśli chodzi o przestrzeń dyskusji publicznej, to trudno jest znaleźć komentarze i oceny będące interesujące dla wszystkich, bo z reguły słowo ‘patriotyzm’ mamrotają politycy, dziennikarze komentujący jakieś burdy i księża. Wobec tych trzech grup każdy ma swój dystans, dalszy czy bliższy i obawiam się (rozglądając się dookoła), że pojęcie to jest przekształcane i wypychane w kierunku lamusa rzeczy zakurzonych i dziwnie brzmiących w towarzystwie. Druga obawa (tu bardziej pasuje ‘obserwacja’) jest taka, że patriotą będzie się obwoływać każdy kto działa publicznie, machając sztachetką swoich pomysłów, postulatów i obietnic, po to tylko, by ją przekazać kolegom z partii czy organizacji i zanieść na krańce zasięgu anten i dekoderów, w nadziei na podium.

Krótko, co to znaczy dla mnie. Najpierw Ojczyzna: Rodzina, sąsiedzi, osiedle, miasto, karp w wigilię, 3 Maj, ciarki przy hymnie i łzy przy rocie. Jagiełło, Popiełuszko, Sienkiewicz, Wojtyła i inni. Cedynia, Grunwald, Chocim, Wiedeń, Ostrołęka, Warszawa, Westerplatte i Stocznia Gdańska. Wiele dat, jeszcze więcej ludzi, trochę ziemi, język i kilka zwyczajów.

Patriotyzm? Znać moje obowiązki, nie tylko mówić, warto coś robić – to cnota praktyczna, nie samo uczucie. Szukać środka. Po lewej nacjonaliści świata, po prawej nacjonaliści rasy. Z granic łatwo spaść, skrzywdzić siebie i innych, na środku się nie chwiejesz. Wielki paradoks: ja za granicą? Z własnej woli? Chyba się szczypnę. Poczucie winy – może przesadzam?

Na koniec wiersz, który kiedyś skrobnąłem, dziś nieco poprawiłem. Ma tytuł „Nie Jeden”

Łopocze na wietrze flaga kraju tego
Dla którego nie jeden zapomniał zdrowia swego
 
Nie jeden ostatni raz ocierał łzy kobiety
By za te barwy pójść na bagnety
 
Nie jeden zasypany w lesie leży bezimienny, osamotniony
Za te barwy w tył głowy strzelony
 
Nie jeden na dnie piwnicy krwawił bez przytomności
Za te barwy milcząc, nie skąpił wolności
 
Nie jeden sam się rzucał w szale na gromady wrogów
Za dzieci, za domy, za dymy z obozów
 
Nie jeden klęczał, słuchając słów wyroku
Za te barwy stracony by na wieki gnić w mroku
 
O Bieli i Czerwieni! Wołam przy świadectwie nieba!
Pozwólcie mi być nie jednym gdy przyjdzie potrzeba.