Lustro

Dziś jestem wściekły. Zorientowałem się, że jestem lustrem. Odbijam wiele treści, brak mi własnego obrazu. Mogę odpowiedzieć, nie umiem mówić.

Zbliża się zmiana miejsca, za tydzień jadę do Tallina. Kończę rok Włoski, zaczynam okres Estoński a dalej kto wie. Czekam, aż ktoś napisze praktyczny poradnik życia dla pogubionych egoistów ze złymi nawykami. Tkwię w subkulturze której język przelewa mi się przez uszy. Powtarzam sobie, że nic nie rozumiem i że powinienem pokornie słuchać miast myśleć, wciąż jednak wraca niezawodny, solidny kolos zwątpienia. Cogito ergo sum, a im więcej kombinuję tym więcej nie wiem czym jestem.

Jedno już dawno postanowiłem i się tego próbuję trzymać. Jak piszę, to wychodzi to dość konsekwentnie, jak rozmawiam to zależy z kim, bo boję się konsekwencji. Otóż nigdy nie powtarzać jako prawdy i własnej wiedzy tego, co usłyszałem a nie sprawdziłem, co usłyszałem a nie doświadczyłem. Długo tak brnąłem, bo było łatwo. Między wronami kraczesz jak one, a spróbuj zakrakać inaczej to dostaniesz dziobem. Nie polecam usilnego kraczenia w cudzych tonach. Raz przyszedł na mnie sądny dzień i od tamtego czasu drżę, nie wiedząc kim jestem.

Nic to, jak powiedział pan Wołodyjowski. Czas trwa i chyba nie przestanie, obowiązek życia spoczywa na mnie a choć ostatnio nie usprawiedliwa się z sensem to o niczym nie świadczy.

Mariusz Lewandowski Łowca Dusz

Wakacje

Uwolnienie. Słowo podpowiada, jak w praktyce wygląda ten czas. Wolność od obowiązków. Dla mnie te wakacje są jak chwila przerwy na meczu bokserskim. Siedzę na stołku, ale zamiast patrzeć jak się trzyma mój przeciwnik i kombinować, jak się bić dalej, uciekam myślą do innych rzeczy, uciekam od zmagania bo szlag mnie trafia. Na przestrzeni walki okazało się, że nie wiem, jak walczyć, nie umiem wyłowić taktyki wroga z jego nagłych ruchów. Nie znając siebie nie wygram. A to właściwie walka z samym sobą. We wrześniu znów wstaniemy w szranki, garda w górę i taniec wznowiony.

Tymczasem zwiedzam, maluję domy, jem i piję, gram w szachy i czytam, słucham muzyki, uczę się gry na pianinie, pływam, skaczę na główkę i gubię się w myślach. Spędzam te wakacje w domu znajomego Włocha. Cały zeszły tydzień byliśmy na południu Włoch, w prowincji Salento. Codziennie inna plaża, słońce, gra w siatkówkę. Pierwszy raz w życiu widziałem tak czystą wodę. Miasteczka zawieszone nad morzem są świadectwem estetycznego geniuszu włochów. Ich ciasne i kręte uliczki sprawiają wrażenie jakby zastygły w ruchu. Najpiękniejsze są stare kamienice, rynki i kościoły. Na niektórych budynkach nie zmarnowano centymetra powierzchni, symbolika przeplata się ze sztuką dla sztuki, a ja mam wrażenie że to wszystko domaga się respektu i uznania, bo stało zanim się urodziłem i będzie tam wryte długo po mojej śmierci.

Dziś o 2 w nocy wróciliśmy z Rzymu, malowaliśmy tam mieszkanie znajomych znajomego. Cieszę, że jest konkretna praca do wykonania. Żyję w cudzym domu, ze względu na okoliczności życiowe nie pracując stale, więc nie robiąc nic żyłbym jak tasiemiec. Co jakiś czas na szczęście jest robota, więc nie czuję się bardzo źle.

Gry na pianinie uczę się z youtube. Dawno mnie tak nic nie cieszyło jak ta nauka.

Podróż do wnętrza trwa, im bliżej tym dalej. Cieszmy się z wakacji bo zajmują chwilę.

26

Dwadzieścia sześć. Tyle dni minęło, odkąd dałem o sobie znać na blogu. Można zapytać, czy to dużo. Powiedziałbym, że tak. Kilka rzeczy uległo zmianie w moim życiu w ciągu tego okresu. Po pierwsze, najprawdopodobniej nie wrócę do kraju w tym roku. Potrzebuje czasu na zrozumienie pewnych rzeczy i dojrzałe zacementowanie decyzji. Po drugie, przygarnąłem kotkę. Wspomniałem już w innym wpisie o kocim Bordello. Przechodząc nieopodal tej kociej enklawy zauważyłem, że jeden mały kotek, zamiast uciekać jak wszystkie inne, nie rusza się. Oczy miał całkowicie zaklejone ropą. Wyglądało to nieciekawie, więc wziąłem go, wykąpałem i nakarmiłem. Podczas kąpieli wyciągnąłem z niego koło 20 pcheł i dowiedziałem się, że jest to kotka. Imię wpadło mi do głowy od razu – Kirke (od tej wiedźmy, która zamieniła kompanów Odyseusza w świnie a jego samego przetrzymywała przez rok na swojej wyspie). Kirke jest ze mną dwa tygodnie. Tydzień temu udało się pojechać do weterynarza, kupiłem krople do oczu i środek zabijający roztocza (na świąd uszny). Ma już wszystkie siły z powrotem i zdrowe oczy, niedobitki roztoczy planują ostateczną kapitulację. Czas szukać dla niej nowego domu. Przez chwilę miałem nadzieję, że uda się zabrać Kirke ze sobą (przy ewentualnych wakacjach w Polsce), ale to by komplikowało życie mi i wielu ludziom dookoła, także nie ma rady.

Inna rzecz, która miała na mnie wpływ w ciągu tych 26 dni, to książka. „Skrwawione ziemie: Europa pomiędzy Stalinem a Hitlerem”. Temat jest jednak na tyle poważny, że wymaga osobnego komentarza. Mogę być tylko wdzięczny, że żyje dziś, a historia XX w. woła mnie do wzięcia odpowiedzialności za moje życie.

We Włoszech ograniczenia związane z pandemią są stopniowo znoszone i możemy się więcej przemieszczać. Czas najwyższy, bo siedzenie w jednym miejscu mnie rozleniwia, a lenistwo przyprowadza kolegów i razem tworzą niezbyt przyjemną gromadę.

Położyłem się

Kiedyś wrócę pamiecią do dzisiejszego dnia. Nic mnie nie ostrzegło, że w regularny poniedziałek może po trochu namieszać człowiekowi w głowie, a coś niecoś ustawić. Położyłem się i słucham muzyķi. Czasami pod wpływem muzyki słucham nowych rzeczy od siebie. Fale dźwiękowe o różnych częstotliwościach bombardują moje uszy, a reaguje cała osoba. Bez muzyki dzień jest inny. Zazwyczaj przestaję słuchać na dłużej jak mam gorszy czas, jak nie chce widzieć i słuchać nikogo i nic. Wtedy słyszę tylko siebie efektem czego gubię się w myślach. Moi tutejsi wspołmieszkańcy czasami wyrażają poirytowanie, zwracając mi uwagę, że cały czas czegoś słucham, na co odpowiadam, że mnie w ogóle nie interesuje to, że oni nie słuchają niczego. Kiedyś opowiem wam o decyzji, którą podjąłem pod wpływem muzyki.

Matty Groves

Jakiś czas temu trafiłem na Angielski folk-rock. Polubiłem utwór ‚Matty Groves’ grupy Fairport Convention, i wpadło mi do głowy, że mógłbym go przetłumaczyć na Polski. Efekt wrzucam tu. Chciałem wrzucić wczoraj, ale mieliśmy robotę na miejscu.

Chwyty są proste: Dm, F, C, Dm C Dm.

Szczerze polecam Fairport Convention i Fotheringay, dwie świetne folk-rockowe ekipy.

Królowie życia

Trochę się martwię o różne rzeczy, o pracę, o życie, o to co będzie, o gospodarkę, o kryzys.

Jest mi żal, że ludzie stracą pracę, że będą się martwić o byt i rodziny. Może rodzice im pomogą, może inni.

Rozmyślam sobie, czy to że ktoś ma super pracę daje mu to że jest lepiej? Może ktoś był chytry, a teraz dostał za swoje? Takie głupoty mi się pojawiają.

Cob jest w życiu najważniejsze? Impreza, czy spokojny wieczór. Wzrost gospodarczy czy trochę wolnego czasu?

Odnoszę wrażenie, że świat jest wyeksploatowany. Wszędzie ktoś już był, wszędzie nakręcono jakiś pełny metraż, a tym co się liczy są przeżycia.

Bezsilności

Nie – radzenie sobie. Fascynujący temat. Jak tak może być, że chcę i pragnę, a nawet postanowię, tylko po to, by ulec. Mam szerokie spektrum uległości i słabości, a przyznawanie się do nich skręca mnie i wywołuje uczucie nagości. Niewielu ludziom w życiu mówię o swoich słabościach. Praktycznie nikomu. To pewnie wynik pychy. „Stawiłem sobie pomnik..”. Ta. Rzecz w tym, że nie mam pojęcia o rzeźbiarstwie, więc ten kolosik wygląda dość zabawnie i chwieje się przy powiewach.

W wyniku czytania za dużo i za szybko, na każde zdanie, które wymyślę, pojawia się piętnaście sprzecznych komentarzy. Jakbym to dyktował dla Jamesa Joyca, to nie pisałby strumieniem tylko świadomościospadem.

Właśnie trwam w decydowaniu. Na szczęście nie jestem sam i mam z kim się dzielić doświadczeniem wewnętrznego zmagania. Co prawda sam na sam z decyzją i jej potomnymi stoję, ale mam z kim rozmawiać.

W kwestii wyboru i wolności przyznaję egzystencjalistom racje. Łatwiej się poddać biegowi wydarzeń, przynajmniej w chwili zderzenia z koniecznością wyboru. Takie poddanie jednak, przyniesie, prędzej czy później, swoje konsekwencje. Jest jednak atrakcyjne, bo decydowanie przywołuje grozę ryzyka i chaosu.

Ryzyko właściwie takie groźne nie jest, głównie ze względu na to, że składa się ze zwycięstwa i porażki. Chaos trochę tak, bo jest synem czasu. Czas jest bezlitosny, a jaki ojciec, taki syn. To chyba porażka, której możliwość stanowi o ryzyku, a raczej skupienie się na nieskończonej liczbie wariantów życia, które porażką się kończą, jest zniechęcająca do działania. Pokusa, by jeszcze na jakiś czas oddać wolność jest silna, ale mógłbym w tym utonąć i nigdy nie robić czegoś z wewnątrz.

Postanowiłem się nie poddawać tej pokusie i razem z tą decyzją następują kolejne i kolejne. Nieźle, tego właściwie chciałem. A tu nagle bęc – fiksacja porażki staje przed oczami. W życiu trochę jak w planszówkach. Nieco się planuje i szykuje – w tej części jest porządek. Istnieje też i chaos – rzut kością, pierwsza z brzegu karta, cokolwiek, co jest symbolem losowości. Adaptacja to chyba klucz do życia z sensem, sensownego życia. No i klucz do zwycięstwa w planszówkach.

JMW Turner, A Ship against the Mewstone

Bardzo lubię ten obraz. Jest ryzyko, jest chaos, jest i ster i żagle i ręce marynarzy i decyzje do podjęcia. A najlepszy jest moment, kiedy na sekundę dostrzegam piękno. Piękno obrazu i piękno tej kondycji życiowej.

Wracając do bezsilności. Ha, jestem słaby. Marynarze też są słabi, szczególnie w porównaniu do wiatru i fal oraz ogromnej skały dzielącej ich od domu. A jednak mają ster i żagle, kierunek i zwrot i wolność, by rzucić wszystko w cholerę i się rozbić, albo podjąć wysiłek i zobaczyć, co przyniesie decyzja.

Mamy szczęście, że potępienie słabości to kłamstwo. Powoli uczę się doceniać i szanować słabości. „Moc bowiem w słabości się doskonali.”  

Od rzeczy – czas

Czas ucieka. Jest południe. Czuję że przyjdzie mi tu siedzieć przynajmniej kilka dni.

Wszystkie polecenia przychodzą przez telefon. Idź tu, jedź tam. Szyfry i kody, procedury i instrukcje. Wszystko jest przygotowane.

Kiedyś wszystko było nowością, teraz to tylko rutyna. Przynajmniej mam czas by przebywać z samym sobą na niewygodnej pryczy. Jest odrobinę za krótka i jak się nie ułożę to czuję lekki dyskomfort. Nie można się tu wyspać.

Może to nie prycza, tylko ten przebrzydły magazyn głowic jądrowych za ścianą.

Nad bunkrem jest las i już wstaje słońce.

Słychać lekki szum – klimatyzator schładza i osusza sąsiednie pomieszczenia.

Deszcz

Może deszcz rozprawi się z koronawirusem? Po dłuższej przerwie zacząłem chodzić do pracy. Sto razy bardziej wolę być w domu.

Odzwyczaiłem się od ludzi. Zawsze byłem z boku. Kilka rzeczy się na to złożyło, ale pasuje mi to.

Ciekawy jest sposób lasu liściastego na suszę. Liście które jesienią spadły nie zgniły, bo jest sucho i chronią ściółkę przed wyschnięciem.

Przez koronawirusa kupiłem papierowe mapy, żeby przeczesać moją okolicę.

Piramida

Teleskop Hubble obchodzi 30 urodziny. Nic osobistego mnie z nim nie łączy, ale mam dziwną pasję i pociąg dla Wszechświata. Te uczucia rozbudziła ‚Planeta Skarbów’. Gdyby ktoś mnie wysłał na bezludną wyspę i pozwolił zabrać jeden film, brałbym ten. Wracając do teleskopu, NASA opublikowała serię rocznicowych obrazów przestrzeni.

https://hubblesite.org/hubble-30th-anniversary/images

Mogę na to patrzeć w pełnym skupieniu, z muzyką wypełniającą głowę, oddzielającą mnie od całości, a połączenie obrazu i muzyki zanosi mnie w różne miejsca. Istnieje niebezpieczeństwo, że zostanę tam wessany na zawsze i nigdy nie wrócę na ziemię.

Na ziemi biegam i pocę się przy budowie piramidy i kiepsko mi idzie. Maslow ładnie ujął życie człowieka w jednym trójkącie. Czasami zapominam, że nie buduję piramidy dla jakiegoś Ramzesa czy Tutenchamona. Wspaniałe idee, by zmieniać świat, a mam syf pod biurkiem.

Jeszcze jedno doświadczenie z tego tygodnia. Uwielbiam, kiedy czytając książki znajduję opis tego, co przeżywam, wyrażony w sposób w którym nigdy nie umiałbym się wypowiedzieć.

„Za młodu czci się i gardzi, nie znając jeszcze owej sztuki rozróżniania niuansów, która stanowi najcenniejszy nabytek życia, i zasłużenie srogo pokutować trzeba, iż swym tak i nie napastowało się w ten sposób rzeczy i ludzi. Wszystko tak się składa, by najgorszy ze smaków, smak bezwzględności został okrutnie wydrwiony i nadużyty, aż człowiek się nauczy kłaść nieco sztuki w swe uczucia i przy pomocy sztuczności próbować raczej szczęścia: jak to Czynią prawdziwi artyści życia. Właściwa młodości porywczość i pokora nie zazna snadź spokoju, dopóki nie pofałszuje tak rzeczy i ludzi, aż nad nimi napastwić się może: — młodość sama przez się jest czymś obłędnym i zwodniczym. Później, gdy młoda dusza, rozczarowań udręczona nadmiarem, zwróci się wreszcie podejrzliwie przeciwko sobie samej, wciąż jeszcze gorąca i zapamiętała, nawet w swej podejrzliwości i rozterce sumienia: jakżeż miota się w gniewie, jak niecierpliwie szarpie siebie samą, jak mści się za swe” długie zaślepienie, jak gdyby dobrowolną było ono ślepotą! W tym okresie przejściowym karze się siebie samego nieufnością względem swego uczucia; zachwyty swe udręcza się wątpieniem, nawet w spokoju sumienia wyczuwa się niebezpieczeństwo i ni to świadome przyciszenie i wyczerpanie subtelniejszej prawości.”

Nietzsche, Poza dobrem i złem, §31.

Uciąłem końcówkę, bo tam jeszcze nie jestem, i chyba nie chcę być. Mówi o tym, że człowiek staje się przeciwnikiem młodości. Ja tam na młodość nie narzekam. Chociaż boli teraz to, co stoi w drugiej części cytatu.

Jest dobrze. Będę smakować i pisać to, co męczy, bo tylko teraz istnieje. Nie wczoraj, nie jutro. A zrozumienie wczoraj i nadzieja jutra przyjdą, jak niespodziewani goście.