Od rzeczy – co to jest

Blog nie ma fotografii. Podobno to źle, powinna być ładna fotografie przy każdym poście, odpowiednia struktura. Niestety nie jest to najlepszy moment na robienie fotografii, bo sprawy w mojej głowie nie układają się równolegle do tego gdzie jestem i co robię.

Chodzi mi o tekst i emocje.

Od rzeczy – to wpisy, które będą składały się na historię.

Ostatnio śniło mi się, że przenosiłem jakiś promieniotwórczy „coś” i nie zaszkodził mi, choć byłem napromieniowany. Chyba był kulą lekko świecącą białą kulą promieniotwórczego ładunku bomby atomowej.

Historia będzie się toczyć w betonowych ścianach bunkra. Bunkier jest otoczony lasem. Żelazne sztaby śluz wejściowych otwierane są tylko w wyjątkowych sytuacjach.

Składowane tu są ładunki, które mogą uczynić wiele zła. Ja jestem przeciwnikiem zła.

Koguty, kura i kaczka

Wczoraj byłem rzeźnikiem. Tu, gdzie mieszkam, mamy własny kurnik (wolny wybieg). Mieszka w nim około czterdziestu kur, kilka kogutów, i cała masa kaczek, stoi też gołębnik który zasiedla blisko trzydzieści białych gołębi. To ptasie osiedle leży nad zbiornikiem na deszczówkę , który nazywamy jeziorkiem (‚lagetto’ po włosku). W owym jeziorku mieszkają żółwie, a czasem przyleci szara czapla w odwiedziny. Ryb nie ma, co wcale nikogo nie widzi, bo woda ma kolor zieleni brudnych autobusów Poznańskiego MPK.

Jak już jestem przy zwierzętach, to byłoby grzechem nie wspomnieć o kotach, których jest z dziesięć. Ponieważ wszystkie to samice, przychodzi wiele kotów z okolicy, by, no cóż, przedłużyć żywot kociej rasy na naszej planecie. Z tego powodu miejscu, gdzie owe koty się gromadzą, nadaliśmy wymowną nazwę ‚Bordello’. Całym tym zwierzyńcem zajmuje się Giorgio (Jerzy).

Teraz powrót do początku wpisu. Zwierzęta nie są hodowane dla uboju – są trzymane ze względów krajobrazowych, a za akomodację płacą kury w ichniej walucie – jajkach. Przychodzi jednak dzień, w którym Giorgio orientuje się, że jest za dużo kogutów, albo kur, albo kaczek. Tym razem było za dużo kogutów.

Nigdy wcześniej nie zabijałem zwierząt z pełną premedytacją. Kiedyś przez przypadek udusiłem chomika koleżanki mojej siostry, za mocno go przytuliłem. Byłem na tyle mały, że nie do końca wiedziałem, co się stało.

Ogólnie to obyło się bez fajerwerków. Ot, jest praca do wykonania, praca, którą pokolenia moich przodków wykonywało jako nieomalże codzienną czynność, także można powiedzieć, że mam to we krwi.

Z drugiej strony miałem poczucie winy, szczególnie, jak zabijałem kaczkę. Była bardzo spokojna i mięciutka i miała takie proste spojrzenie.

Spoglądając na podręcznik do anatomii, to w środku wiele się nie różnimy się od takiej kaczki czy koguta.

Całe szczęście, że nie jesteśmy tylko podręcznikiem anatomii. Że mogę coś tu pisać, że mogę czuć smak pieczonego kurczaka i mogę czuć winę, jak wiążę kogutom nogi. Mogę też zadzwonić do mojego brata i spytać, jak się trzyma i mogę się cieszyć, że mój przyjaciel ma się lepiej. Mogę też myśleć o ludziach których znam, a którzy źle się mają i współczuć im, a jeśli mogę, to pomóc. No i mogę pamiętać o pięciu kogutach, jednej kaczce i jednej kurze.

Umarł

Umarł na drzewie, gdyśmy patrzyli z obrzydzeniem

Na rany otwarte, krew z brudem na ciele dotkniętym cierpieniem

On umarł jak zapowiadał, chociaż mógł zejść z krzyża

Krzyknął ‘dlaczego’ i sam umarł, gdy my łotr ubliżał

Pamiętam że miał wrócić, a jeszcze go nie widać

On umarł, ale powiedział, że to tylko chwila

Zwiesiłem głowę, bo kto to widział by z martwych wracać

bo jak można teraz kochać, leczyć, przebaczać

Oddać drugą szatę i odwrócić policzek

Umarł, a w Jego życie chcę wierzyć, jeszcze raz Go widzieć

Ucieka

Zwariowany czas. Nic tu nie pisałem od dawna i zastanawiam się, co to znaczy. Na pewno to, że jestem mistrzem prokastrynacjii, bo wszystko odkładam na potem. Dziś zdradzę tajemnicę, własną. Jestem w trakcie pisania listu, który może wiele zmienić w moim życiu. Piszę go, bo zostałem obudzony i bo nie śpiąc, mam dosyć stania w kilku miejscach na raz, mam dosyć bycia tchórzem, który nieustannie karmi się nadzieją na lepsze jutro, nie sprzątając dzisiaj.

Dorośnij, nie bądź dzieciakiem. Cholera, mają rację a ja wciąż szukam sensu i czegoś, co mnie porwie na zawsze. I boli, że widząc słabość i braki, nie mam pojęcia, jak to ogarnąć.

No i pustka egzystencjalna. Jak to rozumieć? Mam wszystko, mogę właściwie wszystko, miejsce, w którym jestem, jest wspaniałe, mam talenty, ludzi wokół, którzy chcą mojego dobra, a ja siedzę i tylko bym biegł i przewracał każde miejsce, szukając tego. No właśnie, czego? Pewnie sensu.

Chyba nie wieczności. Moja wiara leży i kwiczy, ale nawet wtedy, jak była pierwsza, to mój uśmiech był fałszywy, wyuczony by zadowolić tych, których zadowolenie miało zagwarantować mój spokój. Szczęścia? Niedawno sądziłem, że to cel, ale to była naiwna pomyłka. Szczęście to znak, że jestem w dobrym miejscu, że jest sens. Szukać szczęścia tylko dla niego to jak szukać idei koloru, albo smaku. Zobaczę, to poznam kolor, ugryzę, to poznam smak. Będę żyć, to czasem wybuchnie szczęście, jak kiedyś, ale rzeczywistość będzie po prostu . Mam kilka pamiątek szczęścia ale żadna nie pasuje do dzisiejszych puzzli. Czas zmienić puzzle, bo to nie moja gra.

Ostatnia nadzieja, na spotkanie Boga, to być w czymś na 100%. Jechać do Damaszku, by z Nim walczyć, przekroczyć Jabbok, żeby z Nim się zmagać, wstawać w nocy i Go szukać. Drzeć się na całe gardło. Podobno jest zawsze ze mną, wiele słów o tym słyszałem i tyle samo czytałem. Ale to jak smak i kolor i zapach.

Na koniec coś, co mi dziś pomogło

„Formułowanie pytania o sens życia w tak ogólny sposób przypomina pytanie mistrza szachowego: „Mistrzu, czy możesz mi zdradzić, które posunięcie jest najbardziej skuteczne?”. W szachach nie istnieje coś takiego, jak najlepszy czy nawet dobry ruch w ogóle, w oderwaniu od konkretnej sytuacji na szachownicy czy charakteru przeciwnika. To samo dotyczy ludzkiej egzystencji. Nie należy poszukiwać w życiu jakiegoś abstrakcyjnego sensu. Każdy człowiek ma swoje wyjątkowe powołanie czy misję, której celem jest wypełnienie konkretnego zadania. Nikt nas w tym nie wyręczy ani nie zastąpi, tak jak nie dostaniemy szansy, aby drugi raz przeżyć swoje życie. A zatem każdy z nas ma do wykonania wyjątkowe zadanie, tak jak wyjątkowa jest okazja, aby je wykonać”

I drugi, o cierpieniu

„Pamiętam, że po pewnym czasie ogarnęło mnie przeczucie, że niedługo umrę. Mimo to nawet w tak krytycznym momencie moje troski były zupełnie inne od trosk moich towarzyszy. Podczas gdy ich pytanie brzmiało: „Czy przeżyję obóz? Jeśli nie, wówczas całe to cierpienie nie ma sensu”, mnie dręczyło coś innego: „Czy całe to cierpienie, ta wszechobecna śmierć, ma jakiś sens? Jeśli nie, wówczas nie mam już po co żyć, jako że życie, którego sens jest kwestią przypadku – tego, czy uda nam się ujść śmierci, czy nie – w ostatecznym rozrachunku nie jest warte, aby o nie walczyć”.”

  • To z Viktora Frankla „Człowiek w poszukiwaniu sensu”

Pieprzony koronawirus

Nie znoszę choroby, którą powoduje. Jest wybitnie złośliwa. Bardzo mi smutno, że ludzie umierają sami, w szarych szpitalach, z jakimiś balonami na głowach.

Bardzo mi smutno, że rodziny są rozdzielone.

Nie znoszę Europy z granicami. Granice śmierdzą egoizmem i klaustrofobią, stratą czasu na jakieś popieprzone wizy i inne takie.

Nie znoszę myśli, że gdy dziecko trafia do szpitala jest rozdzielone z rodzicem. Innych rzeczy, które teraz mają miejsce, nie znoszę.

Nie znoszę myśli, że się pomyliłem i być może wybory się odbędą, choć w jakiś szalony sposób.

Nie znoszę myśli, że kwitnie przemoc domowa.

Jednak jest rzecz, która być może uratowała mi życie, respirator. Kwarantanna mnie uratowała przed tym żebym stał się dziadkiem. Niedługo trzydziestoletnim dziadkiem.

Wiatr

Stoję w kolejce do Lidla. Chyba z pół godziny. Czytam, myślę, piszę. Czytam o tej zawierusze. Myślę o życiu i tym wszystkim. Czy podwójny filtr P2 powstrzyma intruza? Piszę o tym co czytam i myślę.

Zakupy robię raz na tydzień. Nadchodzą święta i chyba będą najlepsze jakie do tej pory miałem. Szkoda tylko, że nie będzie już z nami babci Wiesi.

Nie lubię narzekać i szukać dziury w całym. Dziwią mnie te oskarżenia, że to Chiny, a może Ameryka.

Heh, musiałem w aucie wymienić akumulator. To znaczy, że dzieje się coś ważnego.

Uważam, że wiatr to wszystko załatwi. Musi tylko widać długo i mocno.

Od rzeczy – 3

Skok na klatkę schodową, prowadzącą w dół, rozpoczął podróż. Kroki odbijają się echem od ścian. Stopni powinno być dziesięć, potem przetrwa, potem znów dziesięć. W sumie ze sto stopni, a z każdym krokiem gęstnieje mrok.

Z każdym stopniem nasila się kwaśny, odrzucający odór stęchlizny. Tak obleśny jak smród mokrych ubrań zostawionych na kupie po jednej z wypraw. Po tygodniu można było się pożygać na samą myśl, że trzeba przejść obok. Tutaj był jeszcze bonus: mdły smród gnijącego mięsa. To są te zapachy, które można z siebie zmywać, a one i tak zostają. Najgorsze jest to, że za żadne skarby nie można się do tego przyzwyczaić.

W sali na dole powinno być powietrze, chyba że szyb wentylacyjny jest już zasypany. Kiedyś była winda, ale od dawna jest nieczynna. Brak części zamiennych spowodował, że nie jeździ, a nowa jest niedostępna.

Od rzeczy – 2

Jeśli uciekać to gdzie? Na północ, zdecydowanie na północ. Na razie nie potrzeba, ale może się okazać, że nie będzie innego wyjścia.

Klatka schodowa w dół skręca w prawo, ale trzeba zeskoczyć, bo kilku stopni brakuje. Przydałoby się więcej światła.

Mieli wprowadzić strażników, ale chyba jeszcze nie wyszli na obchód. Zastanawiające są te materace. Osiem materacy. Wszystko byłoby zrozumiałe gdyby nie to że wyglądają na nowe, świeżo przytargane. Chyba głównie chodzi o kolor. Są białe, a to tutaj nie pasuje. Brudne i śmierdzące byłyby oczywiste.

Może nie powinienem tu być?

Wątpliwości są zbyteczne, bo tak wyszło. Trudno. Zobaczymy co z tego będzie.

Czy można się ujawnić? Nic podobnego.

Od rzeczy – nowy bohater

Słońce zaraz będzie wstawać, a on tkwi w jakimś punkcie. Nieszczególnie ciekawie wyglądają ruiny. Czerwone cegły poszarpane od wilgoci i zimna nie wydają się odrażające pod warunkiem, że jest dzień. Tymczasem szarzejąca od świtu czerń nocy przeraża.

Pojawiły się jakieś zaburzenia, anomalie, zakłócenia. Bohater nie wie jak odkryć wyjście z sytuacji. Problem tkwi w szczegółach. Nikt nie wspominał że tak będzie.

Nawet niezbyt domyślni obserwatorzy zorientują się, że nie mógł przewidzieć, że codzienność się tak nagle skończy, a zacznie się to o czym marzył.

Jedynie deszcz, ciepły, przynosi wytchnienie.

Krzywa wieża

Bezczelnie wszedł i naruszył nasze rutyny, układy, możliwości. Jutro miałem jechać, zrobić, zarobić. Nic z tego nie wyjdzie, bo siedzę w domu.

Pij dużo, szczyt zachorowań niedługo, przeciążona służba zdrowia z winy tych czy tamtych.

Jak budowali wieże to dali solidne fundamenty, tylko że nie spodziewali się tego i owego.

Wyborów nie będzie. Don’t worry. To tylko gra. Gdyby Andrzej za wcześnie powiedział, że przekłada, to by go zjedli. Więc czeka aż o go poproszą. Już się doczekał.

My dzisiaj będziemy robić na domowe okno bohaterów z gwiezdnych wojen z maseczkami i napis „Niech moc będzie z wami”. Podziękowanie dla lekarzy, pielęgniarek, salowych, pielęgniarzy i ratowników. Zawsze byliście z nami.